Foki, i niedźwiedzie
Foki, i niedźwiedzie same przyjdą w twe ręce. Ciszej! — syknął myśliwy spoglądając na poruszające się skóry jarangi. Zza podniesionej zasłony wyjrzała twarz młodej kobiety. — Idziemy obie z matką do szamana — powiedziała cichym głosem i nie podnosząc oczu na męża i syna dodała: — Postaramy się go same przebłagać. Po wyjściu kobiet Attutaj przez chwilę siedział jeszcze nieruchomo. Patrzył z troską na syna, jakby ważąc jakąś decyzję. Chłopak nie spuszczał z niego rozgorączkowanych oczu. — Zaprzęgaj psy! Matka twej matki na pewno zgodzi się, żeby oddać cię do szamana, i namówi twoją matkę. Obie będą uszczęśliwione, że taka łaska spadła na nasz dom. Spiesz się! Zawiozę cię daleko w tundrę, do mego brata. Może szaman zapomni, jeśli nie będzie cię wciąż tu spotykał? Chłopak jak strzała wypadł z jarangi, krzykiem przyzywając psy. Był uszczęśliwiony. Bardzo pragnął, od dawna już, jechać tam, daleko za góry. Nieraz słyszał od ojca o wielkich stadach renów w tundrze. Attutaj wynosił już z jarangi jakieś skóry, pośpiesznie ładował coś na sanie. Giwej, biegnąc z długim, skórzanym batem do poganiania psów, zaplątał się i upadł jak długi. Wprost na porzucone przez ojca potrzaski. W nozdrza uderzył go bijący od nich okropny, mdły zapach. Zapach nieznany... Już chciał o nim powiedzieć, ale Attutaj spieszył co sił, jakby bał się każdej chwili zwłoki. Nad grzbietami psów raz i drugi trzasnął długi bicz. Pies przodownik zawył nagle, jakby poczuł, że dzieje się coś niezwykłego. Z miejsca zawtórowały mu inne. Pod ciemne od chmur niebo wzbił się żałosny skowyt zwierząt. Attutaj niespokojnie rozejrzał się wokoło. — Prędzej! — krzyknął zduszonym głosem podcinając batem psy. Giwej ledwie zdążył w biegu wskoczyć na wór ze skórami przymocowany do sań. Psy rwały jak szalone. Sanie podskakiwały na zmarzniętej grudzie niby żywe. Attutaj wyciągniętym kłusem biegł przy nich, jeśli droga prowadziła w górę, wskakiwał w sanie obok syna, gdy zjeżdżali w dół. Giwej rzucił jeszcze okiem na zaśnieżone, stożkowate czubki jarang. Malały z każdą chwilą. Pasa nadbrzeżnego już nie mógł dojrzeć. Nie słyszał także łoskotu fal. Czy opuszczał swój dom na długo? Nie śmiał pytać ojca. Pocięte zmarszczkami czoło Attutaja mówiło wyraźnie, jak niewesołe kryły się pod nim myśli. Zatrzymali się dopiero wieczorem, gdy wśród bieli śniegu zaczerniły się poszarpane skały i szczyty górskie. Niewiele mięsa dostały zziajane psy na postoju.. Jeszcze mniej mieli go dla siebie ludzie. Wytrwale żuli wąskie, długie pasy przemrożonej słoniny morsa. Attutaj nie pozwolił rozpalić ogniska., — Najmniejszy płomień zdradzi nas. Nikt nie może wiedzieć, że tu jesteśmy — zapowiedział. Giwej zasnął jak kamień. Nie czuł nawet, kiedy ojciec otula go w skóry. Pod osłoną sań, przywarci jeden do drugiego, odpoczywali krótko. Gdy Attutaj obudził syna, dął lekki wiatr niosąc tumany drobnego śniegu. — Mamy szczęście! Zamieć zatrze nasze ślady — mówił uradowany Attutaj zaprzęgając psy. Ale niedługo się cieszył. Przez szczelinę w kłębach chmur wyjrzał złocisty promień słońca. Ustał mroźny powiew, który wślizgiwał się w szerokie rękawy kuchlanki. Im dalej w głąb lądu, tym cieplej było, tym łagodniejsze wiały podmuchy. Przeprawa przez łańcuch górski była bardzo ciężka. Psy zapadały się po brzuchy w puszysty śnieg dolin i wąwozów. Z opuszczonymi łbami, z wywalonymi jęzorami w otwartych paszczach, ciężko sapiąc, z trudem ciągnęły pod górę lekkie sanie. Z pysków i nad grzbietami zwierząt unosiły się kłęby białej pary. Dalej droga wiodła przez nizinną tundrę przerywaną tu i ówdzie pasami niskich wzgórków. Śniegu było coraz mniej. Giwej nie mógł
Poprzedni - GIWEJ BĘDZIE WIELKIMNastępny - Się napatrzyć czerwieniejącym